Przychodzi moment w życiu człowieka, kiedy ma pełną świadomość siebie, swoich decyzji i destrukcyjności wyborów jakie popełnia, to nie chce się nic zmieniać. A z drugiej strony rokrocznie obchodzę 18 lat! W tym roku już po raz siódmy.
Nie chce się to mało powiedziane - nawet sam siebie zapewniam, że się nie chce i że - o zgrozo! - to dobrze. Bo w końcu nie próbuję się sam okłamywać. Tylko czy takie nieokłamywanie się wprost jest kłamaniem?
I fakt faktem - sam sobie nie przeszkadzam i w pełni się akceptuję, tylko cholera lubię życie, a każdy sygnał kontrolny odbijający się echem na moim zdrowiu mrozi mi krew w żyłach. Wszystko przez moje nie-kłamstwa, których przecież nie ma.
To tak jakbym się trochę sam nad sobą znęcał, ale w taki sposób, który nie jest przyjemny, a w ogóle nie sugeruje jakiejkolwiek zmiany. To tak jak z piekielnie ostrym żarciem - uwielbiam jeść ostro i szlag mnie trafia, kiedy po raz kolejny płonie mi gęba, a w naturalnym odruchu zamiast popić czymś tłustym popijam wodą, przez co pali już całe gardło. I łzy do oczu płyną, ogień nie gaśnie, dożywotnia obietnica stronienia od tego gówna!
Za dwa dni to samo.
—
Robię standardową prasówkę wieczorną i trafiam na Pana Jarosława Juć. Jać. Mać. Zazdro straszne dla ziomka. I myślę: jak ten człowiek musiał się długo okłamywać, że się uda. Totalnie dla picu. Tylko wychodzi na to, że dla picu zrobiło się bez picu. Moje wszystkowiedzące ego podpowiada mi, że to jest jednorazowy, wyjątkowy, niespotykany i niepowtarzalny błąd w matrixie.
O! Tak to sobie będę tłumaczył.
I z jednej strony czuję jeszcze, że mogę zrobić coś, co zmieni moje życie, wygląd i stan konta.
A z drugiej po prostu mi się nie chce. Zawsze jestem wtedy pełen podziwu dla tej ogromnej siły Niechcemisizmu.